daily menu » rate the banner | guess the city | one on oneforums map | privacy policy | DMCA | news magazine | posting guidelines

Go Back   SkyscraperCity > European Forums > Forum Polskich Wieżowców > Architektura i Urbanistyka > Architektura i Urbanistyka

Architektura i Urbanistyka Problemy i Wydarzenia



Global Announcement

As a general reminder, please respect others and respect copyrights. Go here to familiarize yourself with our posting policy.


Reply

 
Thread Tools
Old September 22nd, 2004, 01:38 PM   #1
Fredi
Registered User
 
Fredi's Avatar
 
Join Date: Aug 2003
Location: Warszawa Praga Północ
Posts: 3,961
Likes (Received): 301

[Urbanistyka] Zamknięte osiedla - za i przeciw

http://miasta.gazeta.pl/warszawa/1,3...04-09-22-04-04



Warszawiacy marzą o tym, by zamieszkać w strzeżonym domu. Aż co trzeci z pytanych twierdzi, że powinno się budować więcej apartamentowców

Płot, kamera nawet w windzie, kłopot z dostaniem się do znajomych i dociekliwe pytania wartownika już przy szlabanie: - A pani, pan do kogo?

Dziś niemal wszystkie nowe osiedla w Warszawie, nawet z tzw. mieszkaniami popularnymi są ogrodzone, monitorowane i mają ochronę w holu lub stróżówce przy bramie. Najpierw luksusowe apartamentowce powstawały w najlepszych lokalizacjach i tylko dla wybranych. Potem, w tańszej wersji, taki wzorzec mieszkania zaczęli "klonować" developerzy i spółdzielnie.

To strach przed dresiarzami, złodziejami i menelami wygania ludzi za mur - do strzeżonych domów. Tak chce żyć większość. I aż 51 proc. warszawiaków pytanych o to, czy grodzenie domów im przeszkadza, odpowiada: - Nie!

- Najważniejszym motywem wyboru mieszkania za płotem jest bezpieczeństwo. Tak twierdzi aż 87 proc. ankietowanych - podkreśla prof. Bohdan Jałowiecki, socjolog miasta.

Pierwszy nowy budynek, który zasługuje na miano apartamentowca, zbudowała w 1993 r.spółdzielnia mieszkaniowa Vistula tuż obok Parku Łazienkowskiego przy ul. Podchorążych 71. Aż trudno uwierzyć, że dekadę temu metr kwadratowy kosztował tam ok. 350 dol. Dziś o takich cenach można tylko pomarzyć. W budynku Opera przy Niecałej z widokiem na Ogród Saski firma Dom Development sprzedawała po 14-15 tys. zł za m kw. Będzie tu można zlecić zrobienie zakupów, spacer z pieskiem, pranie, a nawet przywiezienie limuzyną Opery teściowej z lotniska.








Rozmowa o mieszkańcach strzeżonych osiedli

Naukowcy różnych specjalności wzięli pod lupę nasze miasto i opracowali "Społeczną mapę Warszawy". Na podstawie ich badań "Gazeta" przygotowuje własne raporty.

Dariusz Bartoszewicz, Tomasz Kwaśniewski: Dlaczego zamożni warszawiacy tak ochoczo zamykają się w ogrodzonych murem osiedlach?

Prof. Bohdan Jałowiecki, Centrum Europejskich Studiów Regionalnych Uniwersytetu Warszawskiego: Najważniejszym argumentem jest bezpieczeństwo. Poza tym ludzie chcą mieszkać między swoimi. Nie życzą sobie, by ktoś obcy kręcił im się po podwórku. No i wreszcie mieszkanie w osiedlu zamkniętym oznacza prestiż.

A Pan profesor gdzie mieszka?

- W kamienicy z lat 20. przy ul. Flory.

Bardzo prestiżowy adres.

- Na bezpieczeństwo też narzekać nie mogę - obok jest hotel prezydencki i rezydencje ambasadorów więc policja się stara.

To pewnie dlatego nie przeprowadza się Pan na zamknięte osiedle?

- Jedyny plus z przeprowadzki byłby taki, że nie miałbym wtedy problemu z parkowaniem samochodu.

Wspomniał Pan o prestiżu. Mieszkańcy zamkniętych osiedli lubią go tak bardzo, że swoje domy nazywają apartamentowcami albo rezydencjami.

- Prawda jest taka, że apartamentowców w Warszawie jest niewiele. To są tylko te najdroższe mieszkania położone w najlepszych częściach miasta.

Mieszkańców zamkniętych osiedli nazywa pan przedstawicielami "klasy metropolitalnej". Kto to są ci "metropolitalni"?

- Zacznijmy od tego, że taka klasa bądź grupa nie wykształciła się w żadnym innym polskim mieście, choć na świecie istnieje już od dawna. Warszawscy "metropolitalni" dobrze zarabiają, są wykształceni, raczej młodzi i samotni. Te cechy pozwalają im wieść życie powszechnie znane z kolorowych czasopism. "Metropolitalni" znają języki obce i jako, że generalnie niespecjalnie przywiązują się do miejsca, w każdej chwili mogą zmienić miasto lub kraj.

Sąsiadami też się nie przejmują?

- Żyją dla siebie. Ich naprawdę niewiele więcej obchodzi poza pracą, dojazdem, spokojnym mieszkaniem i atrakcjami typu: restauracje, kluby, wizyty w centrach handlowych. Swoje potrzeby towarzyskie realizują na zewnątrz, a nie wewnątrz osiedla. Dobre relacje sąsiedzkie kwitną w klasach upośledzonych, takich, które bez samopomocy nie mogą sobie poradzić. "Metropolitalni" nie proszą sąsiadki o to, by popilnowała dziecko, tylko wynajmują nianię.

Warszawa - Pana zdaniem - wciąż nie jest metropolią. Czyli "metropolitalni" pewnie kiepsko tu się czują?

- Narzekają na kiepską komunikację, na brak miejskiego klimatu, który wynika z braku ścisłego centrum. Narzekają na wszechobecne śmieci, brudną wodę - po czystą trzeba chodzić do studni oligoceńskiej.

W Berlinie, Paryżu czy Londynie zamożni ludzie ściągają do centrum, u nas jest odwrotnie. Dlaczego?

- Rozwój miasta przebiega w trzech fazach. Pierwsza to gwałtowna urbanizacja centrum, druga to inwestycje na peryferiach, trzecia jest powrotem do centrum tych, którzy z niego uciekli. My, w przeciwieństwie do Londynu, czy Paryża jesteśmy w fazie drugiej: ludzie zamożni masowo uciekają z centrum, które powoli ulega degradacji.

Można jakoś temu zaradzić?

- Miasto trzeba nasycić różnymi atrakcjami, by ludzie mieli po co do niego przyjeżdżać. Wystarczy spojrzeć na berliński Plac Poczdamski - sklepy, kina, restauracje, kluby, galerie - i do razu pełno ludzi. U nas buduje się centra handlowe na obrzeżach miasta.

A "Złote Tarasy" przy Dworcu Centralnym?

- Panowie żartują! Przecież to coś w rodzaju zamkniętego bastionu otoczonego ochroniarzami, którzy będą się wszystkim bacznie przyglądać. Dużo lepiej byłoby zbudować kawałek normalnego miasta: z placami, sklepami, kinami, teatrem czy filharmonią, bo jak ktoś wyjdzie ze Złotych Tarasów, to co ma zrobić? Pójść na Marszałkowską, na której nic ciekawego nie ma.

Długo przyjdzie nam czekać, nim "metropolitalni" wrócą do centrum?

- 15 lat temu paryski pl. Bastylii otoczony był przez zakłady rzemieślnicze i powoli ulegał degradacji. Wtedy wybudowano operę i okolica zaczęła się zmieniać. Najpierw przyszli artyści, potem "metropolitalni" i plac się zmienił na lepsze.

Czyli wszystko zależy od władz miasta i prowadzenia mądrej polityki?

- Dziś w bardzo prestiżowych punktach, na przykład w al. Szucha, powstają zamknięte domy, które stanowią przyczółki mogące zmienić miasto. Sęk w tym, że nie odnoszę wrażenia, by powstawały planowo. Nie widzę w tym wszystkim jakiejś sensownej polityki.

Czy ci bogaci i szczęśliwi mieszkańcy osiedli zamkniętych...

- Nie wiadomo czy są szczęśliwi...

Zatem bogaci. Czy oni nie czują się zagrożeni tym, że dookoła mieszka, jak Pan to ujął - "klasa upośledzonych"?

- Warszawiacy nie mają "metropolitalnym" za złe tego, że odgradzają się murem - i to był najbardziej zaskakujący wynik naszych badań. Dzieje się tak dlatego, że być może wciąż jest mało osiedli zamkniętych. Wciąż nie dochodzi do znaczących konfliktów między ich mieszkańcami, a pozostałymi warszawiakami. A poza tym wbrew stereotypom warszawiacy po prostu nie są zawistni.






O życiu w domu za szlabanem



W warszawskim Monaco przy ul. Cybulskiego na Mokotowie (3 tys. euro za m kw., mieszkania do 320 m kw.) spokoju mieszkańców znanych z kolorowych pism strzeże szlaban zamykający prywatną drogę, strażnik oraz system monitoringu.

- Apartamentowiec od innych osiedli zamkniętych wyróżnia przede wszystkim: komfort, elegancja, położenie, przestrzeń i rozwiązania architektoniczne - wylicza Ryszard Girtler, projektant Villi Monaco. Komfort to pełne dyskrecji bezpieczeństwo (nie zobaczymy tu stojącego przy wejściu ochroniarza, małe kamery są w windzie, w lobby i na basenie) oraz cała gama usług: fitness, basen, sauna, pralnia. W Villi Monaco nie znajdziemy ani listy lokatorów, ani skrzynek pocztowych. Korespondencja trafia na recepcję, a stąd do mieszkania.

- Apartamentowiec powinien być położony na uboczu, najlepiej w parku, a jednocześnie jak najbliżej centrum, by mieszkańcom zapewnić anonimowość, zarazem maksymalnie dobrą komunikację - podkreśla Girtler.

Nietypowe rozwiązania to: oryginalna winda obita drewnem, przestronny hall, basen w pokoju, wanna w sypialni, ogromny taras i niepowtarzające się rozkłady mieszkań. - Czy tu nie jest trochę jak w hotelu? - pytamy, wkraczając do sterylnie czystego i absolutnie anonimowego lobby. - Charakter apartamentowca odpowiada mieszkańcom. To są ludzie mobilni, często podróżujący. Proszę zauważyć, że za cenę 320-metrowego mieszkania mogliby mieć wspaniałą rezydencję. Oni wybierają jednak penthouse, bo wiedzą, że w zamian mają spokój i kogoś, kto dba o ich lokum - uważa Girtler. Ten architekt tak dobrze poznał gusta bogatej klienteli, że ostatnio wygrał konkurs na budowanie apartamentowca w afrykańskim Senegalu.

Mieszkańców apartamentowców od tych, którzy mieszkają w innych osiedlach zamkniętych, różni jedynie wysokość zarobków. I jedni, i drudzy należą do "klasy metropolitalnej". Mieszkańcy osiedli zamkniętych rzadko mają więcej niż dwoje dzieci i prawie zawsze oboje pracują - co piąte gospodarstwo domowe deklaruje dochód wyższy niż 10 tys. zł miesięcznie. "Metropolitalni" w większości jeżdżą dobrymi samochodami, korzystają ze zmywarek do naczyń, komputera i internetu. Tylko co szósty z nich ma domek letniskowy, ale za to co drugi przynajmniej dwa razy w roku wyjeżdża na urlop za granicę. Często chodzą do restauracji, klubów, centrów handlowych, a zakupy robią w hipermarketach (najbardziej lubią Geant - 32 proc. wskazań). Rzadko chodzą do filharmonii, opery czy teatru. Równie rzadko korzystają z publicznej służby zdrowia i publicznego szkolnictwa.




Gdzie powstają strzeżone enklawy?

Według Reas Konsulting apartamenty stanowią tylko 8 proc. najdroższych mieszkań oferowanych na rynku. W ostatnich pięciu latach powstaje ich od 600 do 1000 rocznie, najwięcej na Górnym Mokotowie (40 proc.) i w Wilanowie. Luksusowe domy są też budowane w zielonych fragmentach Śródmieścia - niedaleko Sejmu czy Łazienek, na starym Żoliborzu, Saskiej Kępie, w rejonie skarpy na Ursynowie. W latach 1999-2000 co dziesiąte nowe mieszkanie nazywano apartamentem. Zaliczano bowiem do nich nie tylko te najdroższe i luksusowe ale również lokale o podwyższonym standardzie.

Osiedla z tymi ostatnimi dołączają do apartamentowców - wszystkie są strzeżone albo ogrodzone. Takich powstaje najwięcej na Ursynowie i w Białołęce. Pojawiają się nawet wśród biedabloków, np. na bielańskim Wrzecionie.





Trzy czwarte nowych osiedli jest ogrodzona

W naszej bazie danych mamy 217 inwestycji mieszkaniowych i domów powstających w całej Polsce [większość z Warszawy - red.]. Prawie trzy czwarte z nich jest ogrodzonych albo strzeżonych, prawie połowa - i ogrodzona, i strzeżona. Rzeczywiście, grodzenie bloków czy osiedli jest teraz znacznie częstsze niż kilka lat temu, powoli staje się wręcz standardem. Inwestorzy chcą w ten sposób zapewnić komfort swoim klientom. To po części zagranie psychologiczne - kiedy wieczorem wracamy z pracy i miniemy już bramę swojego osiedla, od razu czujemy się bezpieczniej. A nawet jeżeli za ogrodzeniem nie jest tak naprawdę bezpieczniej, to przynajmniej wiadomo, kto jest za ten teren odpowiedzialny.




Jak się mieszka za wysokim ogrodzeniem

Państwo Zelińscy przeprowadzili się z Mokotowa na strzeżone osiedle Zielone Zacisze na Targówku. Stracili sprawdzonych i oddanych sąsiadów z przedwojennej kamienicy, zyskali poczucie bezpieczeństwa gwarantowane przez kartę "mikrochipową", wysokie ogrodzenie, system kamer i całodobową ochronę. - Bezpieczeństwo dzieci było jednym z głównych powodów przeprowadzki - mówi pan Robert, nauczyciel informatyki. Aby dostać się do domu, musi najpierw zbliżyć kartę do czytnika przy bramie, potem przejść przez osiedle i wstukać kod domofonu przy drzwiach klatki schodowej. Gdy odwiedzają go znajomi, najpierw czekają przy bramie aż ochroniarz połączy się za pomocą wewnętrznej linii z mieszkaniem państwa Zelińskich i potwierdzi, że ci spodziewają się gości.

Do niedawna rodzina prawie nie znała sąsiadów. Większość z nich to ludzie młodzi, którym rytm dnia dyktuje praca. Największy ruch przy bramie panuje wcześnie rano i późnym popołudniem, gdy wjeżdża i wyjeżdża sznur dobrych samochodów. Potem mieszkańcy zamykają się w swoich domach. Chyba, że wychodzą pograć w koszykówkę lub tenisa - oczywiście na boiskach na terenie osiedla. Za ogrodzeniem jest też plac zabaw dla dzieci. To jedyne miejsce, gdzie można poznać zapracowanych sąsiadów.
Fredi no está en línea   Reply With Quote

Sponsored Links
 
Old October 1st, 2004, 05:35 PM   #2
adelmus
Guest
 
Posts: n/a
Likes (Received):

z jednej strony takie osiedla są spowodawane olbrzymim popytem na poczucie bezpieczeństwa, z drugiej strony to jednak bardzo odczłowiecza miasto i powoduje jeszcze większą anonimowość w wielkim mieście...
__________________

racibo liked this post
  Reply With Quote
Old October 1st, 2004, 08:02 PM   #3
miglanc
Śląsk śląski
 
miglanc's Avatar
 
Join Date: Nov 2003
Location: Katowice
Posts: 3,085
Likes (Received): 594

To dopiero jest atomizacja. Ale przy tak wysokiej przestepczosci staje sie nieuniknione. chyba ze ktos zamieszka na wsi, wtedy bedzie mial i wscibksich sasiadow i poczucie bezpieczentwa.
miglanc no está en línea   Reply With Quote
Old August 14th, 2006, 10:30 PM   #4
Darek_W
Wrocław
 
Darek_W's Avatar
 
Join Date: Jul 2005
Location: Wrocław
Posts: 17,607
Likes (Received): 3

Polak na zagrodzie

Polak na zagrodzie

Adam Leszczyński Gazeta Wyborcza 13-08-2006 , ostatnia aktualizacja 13-08-2006 17:10
GAZETA WYBORCZA


Zamknięte osiedla utrwalają społeczne podziały - w stali i w betonie. Niszczą też publiczną przestrzeń. Płacimy za to wszyscy. Dom, który od zewnątrz jest fortecą, od środka staje się więzieniem


"W naszej piaskownicy zagnieździły się trolle" - alarmowała na swoim blogu (internetowym pamiętniku) Ewa, mama półtorarocznej Zosi. Trolle to nie potworki ze skandynawskich legend, ale dzieci z sąsiedniego blokowiska z wielkiej płyty - małe łobuziaki, które zabierają i niszczą zabawki, a Zosi sypnęły piaskiem w oczy. Kiedy Ewa poskarżyła się rodzicom trolli, odpowiedzieli jej wyzwiskiem.

Ewa czuła się, jakby ktoś ją pobił. Mam rocznego syna i świetnie ją rozumiem - gdyby ktoś próbował zrobić krzywdę mojemu dziecku, mógłbym go zabić gołymi rękami. Ewa zapamiętała upokorzenie. Przegonić intruzów jednak nie jest łatwo, bo wracają. Ewa zmobilizowała wspólnotę, która wkrótce ogrodzi plac zabaw.

Polacy masowo wybierają grodzone osiedla i zamykają te, które wybudowano wcześniej. Domofony i zamknięte klatki są już wszędzie. Zamyka się przestrzeń, która do niedawna była jeszcze dostępna dla wszystkich: place zabaw, parkingi, podwórka.

Socjologowie nie mają wątpliwości: duże polskie miasta (a zwłaszcza nowe osiedla w Warszawie) oglądane z lotu ptaka coraz bardziej przypominają nieregularny plaster miodu - prawie wszystko jest ogrodzone. W 2004 r. mieszkający w Warszawie niemiecki student Henrik Werth naliczył w mieście ponad 200 zamkniętych osiedli. Od tego czasu ich liczba z pewnością wzrosła. Według danych specjalizującego się w nieruchomościach serwisu Tabelaofert.pl niemal wszystkie nowe mieszkania buduje się na osiedlach zamkniętych.

"Swoją przestrzeń" odgradzają i bogaci, i biedni. Bogaci wyprowadzają się do wyrastających na przedmieściach dużych miast osiedli domów jednorodzinnych z monitoringiem i ochroną. Takim osiedlem jest np. Ventana budowana pod Warszawą w Walendowie niedaleko Lasów Chojnowskich przez polsko-brytyjskie konsorcjum deweloperskie. Na 16 hektarach ma stanąć obok siebie 150 rezydencji stylizowanych na staropolskie dworki. Reklamując osiedle, deweloper jako jedną z pierwszych zalet wymienia "piękne kute bramy" i "eleganckie i solidne ogrodzenie". W komplecie plac zabaw i prywatne miejsce na ognisko - tylko dla mieszkańców. Cena domu - od miliona złotych w górę. Mniej zamożni nie pozostają w tyle. Oto pięciopiętrowy blok z wielkiej płyty przy ul. Wrzeciono 16 w Warszawie, wybudowany w 1985 r. Dwa lata temu wspólnota mieszkaniowa zdecydowała, że trzeba go ogrodzić (razem z szerokim trawnikiem od ulicy i podwórkiem od strony osiedla). "Za" głosowało 70 proc. lokatorów. Wspólnota ogrodziła teren, który do niedawna był publiczny. Żeby to zrobić, musiała wydzierżawić go od gminy.

Szybko i łatwo przekracza się przy tym dyskretną granicę, która dzieli zwykłe zamknięcie klatki schodowej od wykrojenia dla siebie części przestrzeni - do niedawna publicznej.

Od dwunastu lat mieszkam w wielkiej przedwojennej kamienicy - sześć pięter, dwa podwórka, cztery oficyny - w centrum Warszawy. Niedługo po tym, jak się wprowadziłem, założono domofon na klatce schodowej. Później drugi przy wielkiej żeliwnej bramie od ulicy, odgradzając od niej magiel i lombard, które działały w podwórku. Wreszcie gmina (mieszkania w większości są komunalne) postawiła trzymetrowy, ostro zakończony stalowy płot - bez furtki - przegradzający mały placyk, który łączył nasze podwórko z podwórkami sąsiednich domów. Dziś mogę bez przesady powiedzieć, że mój dom to moja twierdza. Nadal ktoś załatwia się na klatce schodowej, ale teraz już wiem, że to musi być sąsiad.

Bardzo normalna choroba

Nie mogłem znaleźć ani jednego socjologa, psychologa społecznego czy urbanisty, który powiedziałby coś dobrego o ogrodzonych osiedlach. Kiedy o nich mówili, używali tonu, którym lekarz albo naukowiec opisuje nową chorobę. Zorganizowane w kwietniu w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie sympozjum o zamkniętych osiedlach przypominało nastrojem medyczne konsylium nad obłożnie chorym pacjentem. Naukowcy dyskutowali o "gettoizacji przestrzeni", "budowaniu systemu wykluczeń", "samoizolacji", "narastającej fragmentacji społecznej".

Nikt nie ma przy tym wątpliwości, że mur wokół osiedla to odpowiedź na ważne ludzkie potrzeby. Według badań Janusza Grzelaka oraz Tomasza Zaryckiego (opublikowanych w 2004 r. w książce "Społeczna mapa Warszawy") bezpieczeństwo to najważniejszy argument dla prawie 90 proc. tych, którzy wprowadzają się do osiedli za murem. Innym socjologom mieszkańcy zamkniętych osiedli mówili to samo. W dalszej kolejności wymieniali także czystość i dobre sąsiedztwo.

Oczywiste? Pozornie. Jeżeli wziąć pod uwagę liczbę brutalnych przestępstw, Warszawa należy do bezpieczniejszych miast Europy (podobny poziom przestępczości jest np. w Hamburgu). Jak wynika z sondaży, warszawiacy - kiedy chodzą po ulicy pod swoim domem - zwykle nie obawiają się, że ich zdrowie i życie są zagrożone.

Ogrodzenie nie chroni także przed wieloma przestępstwami, których policja często nie rejestruje. Np. w języku młodzieżowym "krojeniem" (można "skroić" komuś np. telefon komórkowy) nazywają się napady rabunkowe dokonywane przez rówieśników. Często policja o nich nie wie, więc nie ma ich w statystykach. Takie napady jednak zwykle zdarzają się pod szkołą lub w centrum miasta i płot wokół bloku nie uchroni gimnazjalisty przed rabunkiem.

Ogrodzenie z pewnością broni przed dewastowaniem samochodów, klatek schodowych i przed niepożądanymi gośćmi w piaskownicy - przed brutalnością i chamstwem życia codziennego, których policja w ogóle nie zauważa, bo zwykle nie naruszają paragrafów. Zagrożenie jest realne, chociaż strach może być wyolbrzymiony. Amerykanie Edward J. Blakely i Mary Gail Snyder, autorzy "Fortress America", klasycznej już książki o zamkniętych osiedlach w Stanach Zjednoczonych, opisali w niej charakterystyczny mechanizm - poziom przestępczości w okolicy mógł być bardzo niski, ale lokatorzy domów na odgrodzonych osiedlach zawsze czuli się zagrożeni. Wspominali o nim także polscy badacze - świat za bramą i murem wydaje się tym bardziej chaotyczny, niebezpieczny i nieprzyjazny, im mniej mamy z nim kontaktu.

To właśnie w potrzebie ładu i porządku, jak piszą Blakely i Snyder - i co powracało w dyskusjach polskich socjologów podczas sympozjum w SWPS - leży klucz do popularności zamkniętych osiedli. Chodzi tu równocześnie o porządek przestrzenny i społeczny. Bezpieczeństwo dziecka w piaskownicy jest tylko jednym z jego składników. Kupując mieszkanie czy dom na osiedlu za murami i z ochroną, kupuje się - jak wyraził się jeden z uczestników sympozjum w SWPS - "przepustkę do homogenicznego raju dla klasy średniej". Nieprzypadkowo bezpieczeństwo w odpowiedziach mieszkańców zamkniętych osiedli jest prawie równoznaczne z dobrym sąsiedztwem.

Raj dla klasy średniej

Przypuśćmy, że wyprowadzam się z komunalnego mieszkania w kamienicy i przenoszę na strzeżone osiedle. Co zyskuję - oprócz lepszego widoku, bo dziś moje okna wychodzą na sąsiednią oficynę? Gwarancję, że nie spotkam ludzi spoza swojej klasy społecznej. Wszyscy sąsiedzi będą dobrze zarabiającymi specjalistami albo biznesmenami, bo tylko ich na takie mieszkanie stać. Skoro ja nigdy nie mażę po ścianach na klatce schodowej i nie używam wulgaryzmów w miejscach publicznych, mogę przypuszczać, że oni także tego nie będą robić. Zamykam się w kręgu ludzi podobnych do mnie. Uwalnia mnie to od uciążliwych kontaktów z tymi, którzy mają niższy status, a więc często zachowują się w sposób nie do przyjęcia (przynajmniej z punktu widzenia norm przedstawiciela klasy średniej).

Mieszkanie za murami zaspokaja także potrzebę prestiżu. Podając adres na ekskluzywnym osiedlu, informuję o swojej wysokiej pozycji społecznej. Moje otoczenie potwierdza mój społeczny awans. Sąsiedzi i znajomi wiedzą, jakie i gdzie mam mieszkanie, wiedzą też więc, jakie mam dochody (i perspektywy zawodowe, bo zapewne musiałem wziąć kredyt, żeby tam zamieszkać; wszyscy go biorą). Nie ma żadnych niedomówień, wszystko jest jasne. Nawet roznosiciel pizzy, który musi meldować się na portierni, wie, że dobrze zarabiam. Inaczej bym tu nie mieszkał. Mieszkając na zamkniętym osiedlu, przypominam o tym sobie - i innym - na każdym kroku.

Oferta deweloperów nie pozostawia żadnych złudzeń - to wszystko powszechne potrzeby. Mieszkanie na "otwartym" osiedlu - takim, w którym są tylko domofony na klatkach - w ogóle trudno kupić. Wyniki badań socjologicznych są także wymowne, chociaż mniej jednoznaczne.

Katarzyna Zaborska z Wydziału Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego przygotowująca doktorat o zamkniętych osiedlach zapytała gości na wiosennych targach mieszkaniowych w hali Expo w Warszawie o to, jakimi osiedlami są zainteresowani. Połowa myślała o mieszkaniu na osiedlu zamkniętym, jedna czwarta - ogrodzonym i zamykanym na noc. Jeżeli te wyniki były zaskakujące, to dlatego, że nie wszyscy chcieliby mieszkać na ogrodzonym osiedlu (tylko trzy czwarte). W badaniach Zaborskiej na innych targach mieszkaniowych rezultaty były podobne: 40 proc. chciało mieszkać na osiedlu zamkniętym przez całą dobę, jedna trzecia - tylko na noc.

Daniel Owczarek z Uniwersytetu Warszawskiego, kolega i współpracownik Katarzyny Zaborskiej, robił wywiady z mieszkańcami jednego ze strzeżonych osiedli w Warszawie. Byli zadowoleni - w większości uważali, że gdyby mieli się przeprowadzać, wybraliby ponownie strzeżone osiedle. Gdyby ktoś zaproponował im likwidację ogrodzenia, aż 70 proc. byłoby przeciw.

Kim byli lokatorzy? W większości - jak wynikało z ankiet - kupowali mieszkanie na kredyt, byli nieco po trzydziestce, skończyli studia, zarabiali od 3 do 5 tys. zł miesięcznie, mieli raczej liberalne poglądy na kwestie polityczne i obyczajowe. W próbce Owczarka 70 proc. głosowało na Donalda Tuska w ostatniej turze wyborów prezydenckich.

Wykształceni, dobrze zarabiający, przeciętni ludzie. Ciężko pracują i wracają późno. Socjologowie badający osiedla zamknięte narzekają, że nie tylko trudno im wejść na teren, ale trudno też zastać w domu lokatorów. W niedziele nie chcą rozmawiać, bo odpoczywają. Na prośbę o wywiad pewien ankieter usłyszał: "Mój czas jest warty 300 zł za godzinę".

Świat poukładany

"Wytyczanie granicy jest zawsze aktem politycznym" - piszą Blakely i Snyder. W architekturze i układzie miasta odbija się kształt społecznych więzi. Rynek w centrum średniowiecznego miasta mówił o integracji jego mieszkańców - stał przy nim kościół, ratusz, kamienice bogatych kupców. Tam odbywał się handel. Wspólnie dbano o tę przestrzeń. Mury dzielące Warszawę - i inne duże polskie miasta - to smutna oznaka dezintegracji. Przenosząc się na osiedle za murami, dokładam do niej swoją cegiełkę.

Ogrodzone osiedla mówią także o tęsknocie za ładem społecznym, który jest w istocie konserwatywny. W tym ładzie każdy ma swoje miejsce w przestrzeni - bogaci w willach w Konstancinie, klasa średnia w strzeżonym osiedlu na Kabatach, polska przeciętna - w zdewastowanym bloku. "Przed wojną były lepsze i gorsze dzielnice w Warszawie" - usłyszałem od koleżanki (która notabene z wykształcenia jest socjologiem). "To, co się dzisiaj dzieje, to tylko odtwarzanie naturalnego ładu". Podziały społeczne - dosłownie - stają się więc wykute w stali i wyryte w betonie grodzonych osiedli.

Czy jest w tym coś złego? Przecież nikogo nie należy zmuszać do mieszkania z ludźmi, z którymi nie chce mieszkać. Paryż, Londyn czy Berlin nie mają może zamkniętych osiedli (w centrum nie pozwala na to ciasna zabudowa, a na przedmieściach plany zagospodarowania), ale kamienice się zamyka. Są tam też bogatsze i biedniejsze dzielnice, w których ludzie mieszkają od pokoleń.

W Polsce za odtwarzanie tych podziałów - za budowanie rodzimego wariantu tego konserwatywnego ładu - płacimy jednak cenę, przed którą zachodnie miasta się bronią. Drobnymi krokami - od jednego ogrodzenia do drugiego - niszczy się wspólną przestrzeń.

Mechanizm destrukcji sam się napędza. Na dobro wspólne, takie jak piaskownica na osiedlu, mieszkańcy składają się razem: płacą za sprzątanie piaskownicy i nawożenie czystego piasku. Jeżeli piaskownica jest otwarta dla wszystkich, także dzieci spoza osiedla, jest w niej brudno, bo więcej ludzi z niej korzysta - a więc wspólnota musi ją częściej sprzątać. To oznacza, że więcej płaci za jej utrzymanie. Tak samo jednak ze wszystkimi częściami publicznej przestrzeni - na nieogrodzonych trawnikach załatwia się więcej psów, a na otwartych parkingach zostawiają samochody ludzie spoza osiedla.

Mówiąc krótko - utrzymanie przestrzeni publicznej kosztuje. Płaci się za to w żywej gotówce, ale nie tylko - także narażając się na kłopotliwe i często niemiłe kontakty z ludźmi z innych grup społecznych. Trzeba się pogodzić z tym, że do dostępnej dla wszystkich piaskownicy przed apartamentowcem dla klasy średniej będą przychodzić także łobuziaki z sąsiedniego blokowiska.

Czy tę cenę warto płacić? W takich sytuacjach wspólnota mieszkańców zwykle zamyka teren, uznając to za najbardziej racjonalne rozwiązanie. Ludzie pytają na zebraniu: dlaczego mamy płacić za innych? Chcemy mieć bezpieczną piaskownicę, w której można zostawić zabawki. Nie da się postawić przy niej strażnika, bo to drogie, ale podwórko można ogrodzić. Ostatecznie to tylko mały kawałek dużego miasta. Niech będzie czysty, bez obcych i nasz. Nasz prywatny.

W nowych dzielnicach mało jest publicznie dostępnych skwerów i placów zabaw. Pamiętali o nich projektanci Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej na warszawskim Żoliborzu w latach 30. - tam spełniają swoją funkcję do dzisiaj (nawet tam jednak zaczynają się pojawiać płoty).

Co więcej, im większa część publicznej przestrzeni została zagrodzona i sprywatyzowana, tym trudniej obronić tę, która jeszcze ocalała. Nie tylko dlatego, że powszechnie przyjętą normą stają się płot i brama z ochroniarzem. Im więcej i częściej inwestuje się w piaskownice prywatne, tym mniej pieniędzy - i chęci - pozostaje na inwestowanie w piaskownice dostępne dla każdego. W efekcie przestrzeń publiczna staje się coraz bardziej brudna, zaniedbana i zdewastowana, co dostarcza argumentów zwolennikom jej prywatyzacji: "Zobaczcie, jaki tu bałagan. Nie lepiej ogrodzić?". Tak koło się zamyka.

Cena porządku

Co się jednak stanie, kiedy ogrodzą się wszystkie okoliczne wspólnoty? Przestrzeń publiczna - wspólne dobro - zniknie. Zostanie rozparcelowana na małe prywatne księstewka - każde z płotem, wideofonem i ochroną. Niemal podświadomie i niezauważenie zamieniamy duże publiczne dobro - choćby było zdewastowane i zaniedbane - na wiele prywatnych dóbr: zadbanych, małych i ogrodzonych.

Grodzenie się świadczy o tym, że a priori nie interesuje mnie nic, co wykracza poza moje społeczne środowisko. Na poziomie symbolu postawienie muru i straży wokół osiedla mówi jednoznacznie o rozpadzie sąsiedzkich i lokalnych więzi. Inni mnie nie obchodzą; chcę tylko, żeby dali mi spokój, kiedy odpoczywam po pracy, i nie brudzili na moim podwórku. Patrzę na nich jak na zagrożenie - dla mojej prywatności i dla mojego bezpieczeństwa. Z fragmentarycznych badań socjologów wynika, że osiedla za murami nie tworzą zwykle nowych wspólnot - mieszkańcy nie czują się w żaden sposób związani z sąsiadami i utrzymują z nimi tylko sporadyczne i przelotne kontakty. Są zbyt zmęczeni i zapracowani, a większą część dnia spędzają poza domem.

Czy to jest cena, którą warto zapłacić za marzenie o ładzie? Warto dzielić swoje miasto na małe prywatne królestwa? Samorządowi politycy nie stawiają tego pytania. Toczy się kampania przed wyborami samorządowymi, ale o ogrodzonych osiedlach nie mówią wcale. Może dlatego, że pewnie prawie wszyscy już na nich mieszkają. Stały się niemal przezroczyste - jak każdy oczywisty element miejskiego pejzażu. Jak zauważył socjolog z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika Jacek Gądecki, potrzeba było dopiero badań berlińskiego studenta - który zamieszkał w Warszawie - żeby zwrócił nam uwagę, jak szybko i niepostrzeżenie ogrodziliśmy wielką część miasta. O społecznych kosztach nikt nie dyskutował.

Kiedy byłem studentem, jeździłem przez kilka miesięcy po Ameryce Łacińskiej. Do dziś pamiętam wizytę w ogrodzonym apartamentowcu w Rio de Janeiro. W portierni przy wejściu dwóch strażników uzbrojonych w pistolety maszynowe zrobiło mi zdjęcie na samoprzylepnej kartce, którą musiałem nosić na koszulce jak identyfikator. Był na nim nadrukowany numer piętra i lokalu, do którego jechałem. Windziarz z pistoletem u pasa nacisnął za mnie guzik i zaprowadził do właściwych drzwi. Kiedy szedłem za nim po pustym marmurowym korytarzu, cieszyłem się, że w moim kraju - i w moim mieście - mogę się czuć bezpiecznie, nie mieszkając w miejscu, które przypomina kolonię karną wyłożoną drogimi kafelkami. Mury działają w obie strony - osiedle, które od zewnątrz jest fortecą, od środka może być więzieniem. Mój gospodarz z Rio w ogóle nie wychodził na ulicę. Zjeżdżał windą do podziemnego garażu.

Być może miało to sens. Rio to bardzo niebezpieczne miasto - nie tak jak Warszawa.

Rok temu mój przyjaciel wprowadził się do warszawskiego apartamentowca Łucka City. Wygląda bardzo podobnie jak dom w Rio, w którym byłem osiem lat temu. W środku jest niemal identyczny. Jest oczywiście podziemny garaż. Nie ma windziarza i identyfikatorów, a portier nie nosi długiej broni, tylko mały pistolet. To jednak łatwo można zmienić. Wystarczy, że lokatorzy będą chcieli poczuć się jeszcze bezpieczniej.
__________________

To view links or images in signatures your post count must be 10 or greater. You currently have 0 posts.
- inwestycje we Wrocławiu i na Dolnym Śląsku [ Od 20.01.2008 W NOWEJ WERSJI ! ]



July 22nd, 2005 - ............?
Darek_W no está en línea   Reply With Quote
Old August 15th, 2006, 02:30 AM   #5
AMS guy
hipp-E
 
AMS guy's Avatar
 
Join Date: Jun 2003
Location: Amsterdam
Posts: 9,405

Kojarzy mi sie to z amerykanskimi filmami z lat 80.

W Amsterdamie, dla przyladu, nie ma ani jednego zamknietego osiedla.
I dzieki Bogu.
AMS guy no está en línea   Reply With Quote
Old August 15th, 2006, 01:41 PM   #6
myszoman
Refurbished_Parka_Boy
 
myszoman's Avatar
 
Join Date: Aug 2005
Location: Lubliner
Posts: 4,021
Likes (Received): 147

Ten artykuł chyba idzie za daleko. Rozumiem zamkniete osiedla to troche patologia ale czepiają sie w nim nawet zwykłych kamienic. Co jest w tym szkodliwego społecznie że chce założyć w swojej kamienicy domofon i wstawić brame aby zamknąć wstęp do ogrodu za kamienicą żeby nie przychodził mi się nikt załatwiać? W jaki sposób mam inwestować w taki ogród nie mając żadnej pewności że nikt tego nie zniszczy? Co prawda zdarza się często że to mieszkańcy sami niszczą i zamykanie się wtedy jest bez sensu. W innym przypadku utrzymanie wspólnej przestrzeni kosztuje i to wcale nie mało nic dziwnego że chce to chronić.
__________________
love & relationships, work, status, memory and mortality
Fortune, Politics, Sex and Money
myszoman está en línea ahora   Reply With Quote
Old August 15th, 2006, 03:35 PM   #7
kuniokun
Registered User
 
kuniokun's Avatar
 
Join Date: Dec 2004
Location: Bełchatów
Posts: 1,003
Likes (Received): 4022

Nie zauwayzlem by w artykule potepiali instalowanie domofonow czy bram w kamienicach.
__________________
Inwestycje budowlane -
To view links or images in signatures your post count must be 10 or greater. You currently have 0 posts.
kuniokun está en línea ahora   Reply With Quote
Old July 12th, 2007, 10:49 PM   #8
wojtekbp
słoik podlaski
 
wojtekbp's Avatar
 
Join Date: Mar 2006
Location: to tu to tam
Posts: 1,761
Likes (Received): 638

[Urbanistyka] Zamknięte osiedla - za i przeciw

Jakie jest wasze nastawienie do "zamknietych osiedli" ?
Nie mialem zdania dopoki nie przeczytalem artykulu GW .
Jasniepanstwo osiadle w zamknietej willowej dzielnicy Lublina nie zyczy sobie sasiedztwa dzieciakow z domu dziecka...
Jestem przerazony wypaczeniem mieszkancow tego osiedla...

Quote:
Wille nie chcą sierot

Mieszkańcy willowej dzielnicy Lublina wpadli w obsesję na punkcie domu dziecka

Lubelski Sławinek: dostępu do domów wśród zieleni bronią zamknięte bramy z domofonami. Ratusz kupił tam trzy wille dla dzieci z domu dziecka. Żeby mieszkali po kilkoro, kameralnie. Mieli przeprowadzić się do nich z dużej, niszczejącej kamienicy w centrum miasta.

Do dwóch domów dzieci przeniosły się w lutym tego roku. Trzeci, na ul. Kilińskiego, do dziś stoi pusty. Ośmioro dzieci może tam zamieszkać od zaraz. Ściany są już pomalowane na ciepłe, pastelowe kolory. W środku stoją meble, w oknach wiszą firanki. Jednak sąsiedzi z okolicznych willi zaprotestowali.

- Jeśli tylko ktoś pojawi się pod willą, każdy jego ruch jest kontrolowany. Ktoś nas obserwuje zza firanki, fotografuje podjeżdżające pod posesję samochody - mówią urzędnicy zaangażowani w sprawę.

Mieszkańcy Kilińskiego wpadli w obsesję.

Pani doktor boi się samogwałtów

Zaprasza mnie do siebie emerytowana lekarka pediatra, która podpisała się pod jednym z pierwszych pism protestacyjnych. Siadamy w jej gabinecie. Stylowe meble, biurko zarzucone książkami. Lekarka ciągle powraca do tematu łazienki i ubikacji. Była tam kilkanaście lat temu i zapamiętała jedno: mają wspólne drzwi.

- Jakie są niebezpieczeństwa? Proszę pani, jeżeli jeden chłopak siedzi na sedesie, to drugi wchodzi pod prysznic, prawda? Ile jest zaburzeń psychicznych, ilu jest pederastów, ilu innych różnych? Czy to jest w ogóle brane pod uwagę? - niepokoi się.

- Chodzi o to, że chłopcy zobaczą siebie nago? - dopytuję.

- Nago, nago. Skąd wiadomo, jakie jeszcze rzeczy mogą być, prawda? Przecież to nie jest młodzież tak zwana zdrowa psychicznie, moralnie, emocjonalnie... Ile jest różnych samogwałtów, ile współżycia seksualnego chłopców z sobą, ile jest różnych zboczeń.

Zaznacza, że nie ma nic przeciwko domom dziecka, ale do sprawy podchodzi w sposób praktyczny. Jej zdaniem dom był projektowany dla nie więcej niż trojga dzieci.

Nie przekonuje pani doktor, że w domu będzie zawsze wychowawca.

- No to może pomogłaby pani tam jako wolontariuszka? Skoro jest pani lekarzem, pani pomoc się przyda. A przy okazji będzie miała pani baczenie, czy nie dochodzi do podejrzanych sytuacji.

- Ja czterdzieści lat pracowałam z dziećmi! Gdyby to był rodzinny dom dziecka, może bym się zaangażowała, ale taka zbieranina...

- Pani doktor, wśród tych ośmiu chłopców są trzy rodzeństwa...

Sąsiedzi martwią się o ceny

Mieszkańcy wysyłają pisma wszędzie: do obecnego i poprzedniego prezydenta Lublina, do rady miasta i mediów. Niezmiennie pada w nich argument, że dom został sprzedany miastu po zawyżonej cenie i po cichu, bez "konsultacji społecznych".

Gdyby sąsiedzi mieli skonsultować sprzedaż domu, nigdy nie zostałby sprzedany.

Po pierwsze, uważają, że pojawienie się wychowanków z domu dziecka spowoduje spadek cen nieruchomości w dzielnicy.

Po drugie, uważają, że dom będzie za mały dla dzieci, mimo że na ponad 270 metrów kw. powierzchni są cztery sypialnie, salon z aneksem kuchennym i dwie łazienki z dwoma oddzielnymi WC (a więc pani doktor nie ma racji), a w zaadaptowanym garażu będzie siłownia.

Po trzecie, ogrodzenie "może runąć po kolejnym przemarznięciu gruntu zimą", a budynek w ogóle jest w złym stanie technicznym.

Po czwarte, że przy domu nie ma boiska i placu zabaw, lecz jedynie niewielki ogród. "Wychowankowie przedmiotowej placówki nie będą mieli żadnej możliwości wyładowania energii charakteryzującej wiek dorastania, co może spowodować frustracje, depresje i skutkować patologiami społecznymi" - argumentują mieszkańcy.

Po piąte, że z dużego tarasu zdaniem protestujących można dostać się "na dwie przyległe posesje".

Po szóste, że dzieci bawiące się na wewnętrznej uliczce osiedlowej mogą spowodować "zagrożenie w ruchu ulicznym".

Po siódme, protestujący żądali także, aby miasto sprawdziło statystyki przestępczości w dotychczasowym miejscu pobytu dzieci. - To nie będzie tak, że przyjdzie ośmiu chłopców bardzo dobrych i będą tu mieszkali po wsze czasy. To będzie placówka rotacyjna. Będą raz lepsi, raz gorsi - mówi jeden z sąsiadów.

Kogo się boją?

Piętnastoletni Wojtek to ministrant, gra w piłkę nożną. Dostał na koniec roku nagrodę za stuprocentową frekwencję w szkole.

Trzynastoletni Krzyś lubi haftować. Pamięta o tym, żeby co tydzień pójść na grób mamy, powiedział kiedyś, że jego jedynym marzeniem jest powrót do domu.

Trzynastoletni Andrzej najbardziej lubi treningi karate. Do domu dziecka trafił cztery lata temu, po śmierci ojca.

Ośmioletni Piotrek to mistrz tenisa stołowego, ćwiczy nawet kilka godzin dziennie. Do domu dziecka został oddany z dwoma starszymi braćmi w ubiegłym roku jesienią. Wcześniej kilka miesięcy był w pogotowiu opiekuńczym, gdzie trafił po śmierci mamy (ojciec ma odebrane prawa).

Andrzej Kowalski, komendant I komisariatu w Lublinie: - Jak dotąd nie mieliśmy żadnych skarg od sąsiadów na podopiecznych domu dziecka na ul. Narutowicza. W żadnym razie nie jest to środowisko patologiczne.

Ale jak widać, nie wszystkie dzieci są nasze.

"Ciociu, a kiedy my?"

Nie udały się kilkakrotne próby rozmów z protestującymi. Antoni Rudnik, dyrektor Miejskiego Ośrodka Pomocy Rodzinie, ze spotkania nie ma najlepszych wspomnień: - Nie zostałem nawet dopuszczony do głosu. Nie było dialogu, ale roszczenia i oskarżenia. Ci państwo po prostu powiedzieli wprost, że nie życzą sobie tam dzieci.

Ratusz przeprowadził wewnętrzną kontrolę w sprawie zakupu domu. Mieszkańcy złożyli wniosek do Najwyższej Izby Kontroli, a do czasu wyjaśnienia sytuacji prezydent Lublina wstrzymał decyzję o przenosinach.

Bożena Skowrońska, dyrektor Domu Dziecka nr 2 w Lublinie: - Prawie każde dziecko pytało: "Ciociu, a kiedy my? Co myśmy takiego zrobili?".

Kilka tygodni temu prezydent zgodził się na przeprowadzkę. - W pracy komisji przetargowej były jedynie formalne uchybienia urzędnicze, które nie miały wpływu na przebieg transakcji - uspokaja prowadzący kontrolę Krzysztof Mikołajaczak z lubelskiego NIK.

Mieszkańcy ul. Kilińskiego złożyli więc kolejną skargę - tym razem do powiatowego inspektora nadzoru budowlanego. Uważają, że miejscowy plan zagospodarowania przestrzennego nie pozwala na stworzenie takiej placówki. - Jakby rodzina kupiła, toby nie było problemu, bo to jest teren zabudowy jednorodzinnej, a nie zakład pracy dla pedagogów czy dla innych - tłumaczy jeden z lokatorów.

Na razie dzieci zostają na Narutowicza. - Zawsze je przekonywaliśmy: tutaj jest wasz dom. Rzeczywistość była jednak przeciwieństwem słów. Korytarz długi jak w koszarach, z prawej i lewej pokoje, a na końcu łazienka wspólna dla całego piętra - mówi dyrektor Skowrońska.

- Co powiedzielibyście swoim przyszłym sąsiadom? - pytam dzieci.

15-letni Sebastian odpowiada bez namysłu: - Że jak tam się wprowadzimy, to będziemy ich bardzo szanować.

*Imiona dzieci zostały zmienione
__________________
Polska jest jak obwarzanek - najlepsza po brzegach | Józef Piłsudski

Last edited by wojtekbp; July 12th, 2007 at 11:40 PM.
wojtekbp no está en línea   Reply With Quote
Old July 13th, 2007, 03:59 AM   #9
Filip01
Pilanin
 
Filip01's Avatar
 
Join Date: Dec 2006
Location: Piła || Schneidemühl
Posts: 3,874
Likes (Received): 82

Komplenie nie rozumiem postawy sąsiadów. Dopóki obok nie ma uciążliwego warsztatu typu "blacharnia - lakiernia" pana Kazia, albo burdelu, dopóty sąsiedzi nie powinni mieć pretensji co znajduje sie w domu obok. Dzieci jak widac w tekscie są bardzo miłe, mają pasje, zainteresowania. A nuż one zaprzyjaźnią się z dziećmi włascicieli willi, nauczą ich tolerancji itp. Ludzie chyba myślą, że z Domów Dziecka to zawsze dzieci chodzą brudne, nieumyte, przeklinające i zawsze sprawiające problemy. A one chcą być szczęsliwe.


Po przeczytaniu artykułu stwierdzam, że idea osiedla zamkniętego dla mieszkańców nie jest fajna. Wydaje mi się że jest to dla snobów, "nowobogackich" co mają wiecej w portfelu niż w głowie
Jestem za otwartymi osiedlami, ładnie wpisanymi w krajobraz, gdzie ludzie nie zacietrzewiają sie.
__________________
Wątki Pilskie:
To view links or images in signatures your post count must be 10 or greater. You currently have 0 posts.

To view links or images in signatures your post count must be 10 or greater. You currently have 0 posts.

To view links or images in signatures your post count must be 10 or greater. You currently have 0 posts.

To view links or images in signatures your post count must be 10 or greater. You currently have 0 posts.


To view links or images in signatures your post count must be 10 or greater. You currently have 0 posts.

To view links or images in signatures your post count must be 10 or greater. You currently have 0 posts.

To view links or images in signatures your post count must be 10 or greater. You currently have 0 posts.

To view links or images in signatures your post count must be 10 or greater. You currently have 0 posts.

To view links or images in signatures your post count must be 10 or greater. You currently have 0 posts.
Filip01 no está en línea   Reply With Quote
Old July 13th, 2007, 09:26 AM   #10
hermit
hręddur köttur
 
hermit's Avatar
 
Join Date: Mar 2003
Posts: 3,084

a jakie są te "za" zamkniętych osiedli? Bo ja, mimo starń nie potrafię znaleźć żadnych - bo uspokajanie tym sposobem różnorakich urojeń i fobii mieszkających tam osób takim "za" nie są - mam wrażenie, że nawet nie zmnie3jszają objawów paranoi, tylko je nasilają. Niech sobie powstają - proponuję je dodatkowo otaczać ogrodzeniem z drutu kolczastego pod napięciem.
__________________
Jest dokładnie tak, jak myślisz. Nie inaczej.
hermit está en línea ahora   Reply With Quote
Old July 13th, 2007, 11:29 AM   #11
mcl
to ja
 
Join Date: Mar 2005
Location: niedasie
Posts: 1,199
Likes (Received): 126

Quote:
Originally Posted by hermit View Post
a jakie są te "za" zamkniętych osiedli?
np. bezdomni sikający na klatkach schodowych
mcl no está en línea   Reply With Quote
Old July 13th, 2007, 12:12 PM   #12
625
Administrator
 
625's Avatar
 
Join Date: Sep 2004
Location: pl. Aspołeczny
Posts: 34,603
Likes (Received): 2840

tzn ze tam sikaja? bo na normalnych osiedlach rzadko, przynajmniej tam, gdzie jest domofon albo dozorca.
__________________
Jednocześnie wydaje się nam, że poszerzenie miasta, jeśli takowe nastąpi, przyczyni się do jego upiększenia: nie powinno się bowiem pozwolić na to, by poszczególni budowniczowie kierowali się tu jedynie własnymi potrzebami, przypadkiem, kaprysem czy samowolą, niech plan i intelekt zapanują nad ich poczynaniami, a więc tam, gdzie w zgodzie z prawem panować powinny i muszą!
Schlesische Provinzialblaetter 1808, s. 528



To view links or images in signatures your post count must be 10 or greater. You currently have 0 posts.
|
To view links or images in signatures your post count must be 10 or greater. You currently have 0 posts.
|
To view links or images in signatures your post count must be 10 or greater. You currently have 0 posts.

Proszę o zgłaszanie do mnie wszelkich niewłaściwych materiałów na forum (szczególnie zdjęć o charakterze erotycznym).

Please report any inappriopriate content to me.
625 no está en línea   Reply With Quote
Old July 13th, 2007, 01:00 PM   #13
mcl
to ja
 
Join Date: Mar 2005
Location: niedasie
Posts: 1,199
Likes (Received): 126

Widocznie ja na jakimś nienormalnym mieszkam (jest domofon, czasami działa, czasami ktoś go zniszczy, czasami ktoś wybije szybę w drzwiach itd.)
mcl no está en línea   Reply With Quote
Old July 13th, 2007, 04:25 PM   #14
Tommy
S
 
Tommy's Avatar
 
Join Date: Dec 2004
Location: Wrocław
Posts: 2,388
Likes (Received): 0

Przeciw - zdecydowanie.
Jednak jeżeli jest jakaś określona grupa osób, która się na to decyduje nie wolno im tego zabronić.
__________________
www.tumw.pl
Tommy no está en línea   Reply With Quote
Old July 13th, 2007, 04:34 PM   #15
sky's_the_limit
tararam
 
sky's_the_limit's Avatar
 
Join Date: Sep 2004
Location: perła w koronie
Posts: 7,212
Likes (Received): 635

Quote:
Originally Posted by mcl View Post
np. bezdomni sikający na klatkach schodowych
byc moze ludzie zapomnieli juz o czyms takim jak portier. Bezdomni nie szczaja po klatkach a jednoczesnie nie szatkuje sie miasta...

jestem zdecydowanie przeciw zamknietym osiedlom!
__________________
Rugged-n-Raw
sky's_the_limit no está en línea   Reply With Quote
Old July 13th, 2007, 04:55 PM   #16
nikmin
z jondra prawactwa
 
nikmin's Avatar
 
Join Date: Dec 2005
Location: półmrok
Posts: 3,604

a ja uwazam , ze ludzie maja prawo sie grodzic, podobnie jak robia to mieszkancy domków jednorodzinnych
oczywiscie powinny byc w tej kwestii obostrzenia tak aby nie byly to polacie ciagnace sie setkami metrów , ktore uniemozliwiaja przemieszczanie sie nieraz po calych dzielnicach czy osiedlach( a ktore de facto sa nieskuteczne , bo jak za duzy teren jest wygrodzony to traci to jakikolwiek sens) ale 1- 2 bloczki (bo przy mrowkowcach 10pietrowych i kilkudziesieciu mieszkaniach czy kilkuset ,to tez bez sensu) plus do tego jakis plac zabaw- jak najbardziej, do tego niewygrodzona alejka publiczna sluzaca kazdemu a umozliwajaca przemieszaczanie sie
nikmin está en línea ahora   Reply With Quote
Old July 13th, 2007, 08:14 PM   #17
Maciu_PL
Registered User
 
Maciu_PL's Avatar
 
Join Date: Nov 2006
Location: Szczecin
Posts: 792
Likes (Received): 0

Ale ten artykuł chyba był o mieszkańcach domów w dzielnicy willowej , o ile dobrze zrozumiałem , a nie o osiedlu zamkniętym
Maciu_PL no está en línea   Reply With Quote
Old July 13th, 2007, 11:20 PM   #18
fixix123
Registered User
 
fixix123's Avatar
 
Join Date: Jan 2006
Location: Lublin
Posts: 703
Likes (Received): 1

Quote:
Originally Posted by Filip01 View Post
Komplenie nie rozumiem postawy sąsiadów. Dopóki obok nie ma uciążliwego warsztatu typu "blacharnia - lakiernia" pana Kazia, albo burdelu
yyy... i tu sie mylisz jest tam tez nie daleko i burdel i nikomu jego obecnosc nie przeszkadza , a wracajac do tematu dzieciakow, na slawinku takze swoje wille maja rozne zakony , m.in. jeden z nich prowadzi swietlice dla dzieci nie majacej co ze soba zrobic w wolnym czasie, podatnych rowniez na patologie. Wszystko jest OK, sasiedzi nigdy sie nie skarzyli, a tych dzieciakow nie spotkasz z piwem w reku pod monopolowym. Dlatego nie rozumiem postawy mieszkancow tej ulicy uwazajacych ze zaraz po uruchomieniu tej placowki ze slawinka zrobi sie drugi Bronx .
fixix123 no está en línea   Reply With Quote
Old July 13th, 2007, 11:55 PM   #19
nikmin
z jondra prawactwa
 
nikmin's Avatar
 
Join Date: Dec 2005
Location: półmrok
Posts: 3,604

Quote:
Originally Posted by hermit View Post
a jakie są te "za" zamkniętych osiedli? Bo ja, mimo starń nie potrafię znaleźć żadnych - bo uspokajanie tym sposobem różnorakich urojeń i fobii mieszkających tam osób takim "za" nie są - mam wrażenie, że nawet nie zmnie3jszają objawów paranoi, tylko je nasilają. Niech sobie powstają - proponuję je dodatkowo otaczać ogrodzeniem z drutu kolczastego pod napięciem.
zgodze sie , ze jesli ktos ma byc okradziony to zlodziej i tak to zrobi, no , moze bedzie mu ciut trudniej w takim ogrodzonym bloku czy wspolnocie kilku
ploty ogradzajace domy porownałbym do zywoplotów otaczajacych trawniki- kiedy sa nikomu nie chce sie skracac drogi , wydeptywac sciezek pod oknami, bo woli je obejsc a wiec dookola nie kreca sie rozni podejrzani osobnicy , ktorzy niejako "przechodza" ,
to stwarza pewnego rodzaju komfort- czy adekwatny do zastosowanych srodków - mozna dyskutowac
min. dlatego uwazam , ze jesli juz grodzic to tylko jeden gora 2, 3 male bloczki, poniewaz cale grodzone osiedla zawieraja zbyt duze nagromadzenie jednostek ludzkich, wsrod ktorych z pewnoscia znajda sie "jednostki przechodzace i paletajace", niwelujace caly pozytek z odosabniania sie
nikmin está en línea ahora   Reply With Quote
Old July 14th, 2007, 02:05 AM   #20
Hubix
Wędrowiec do świtu
 
Hubix's Avatar
 
Join Date: Aug 2005
Location: Szczecin
Posts: 4,414
Likes (Received): 187

U mnie na osiedlu są takie zamknięte ulice, czyli ogrodzona cała uliczka z przyległymi do niej szeregowami po obu stronach. Tam jest najwięcej włamań na całym osiedlu
__________________
Szczecin - tu zacierają się granice

Szczecin - Stettin - Stetin - Stetinum - Stettinum - Stitinum - Sedinum - Stetinae - Stettino - Estetino - Stytin - Štetķn - Štětķn - Sztetėno - Szcecėno - Ščečin - Ščecina - Ščecinas - Şēeēin - Borstaborg - Sitnu - Sasin - Sagin - Στσέτσιν - Шчећин - Шчечин - Шчэцін - Щецін - Щецин - שצ'צ'י - 什切青
Hubix no está en línea   Reply With Quote


Reply

Tags
bloki, osiedla, urbanistyka

Thread Tools

Posting Rules
You may not post new threads
You may not post replies
You may not post attachments
You may not edit your posts

BB code is On
Smilies are On
[IMG] code is On
HTML code is Off

Related topics on SkyscraperCity


All times are GMT +2. The time now is 12:14 PM.


Powered by vBulletin® Version 3.8.8 Beta 1
Copyright ©2000 - 2016, vBulletin Solutions, Inc.
Feedback Buttons provided by Advanced Post Thanks / Like (Pro) - vBulletin Mods & Addons Copyright © 2016 DragonByte Technologies Ltd.

vBulletin Optimisation provided by vB Optimise (Pro) - vBulletin Mods & Addons Copyright © 2016 DragonByte Technologies Ltd.

SkyscraperCity ☆ In Urbanity We trust ☆ about us | privacy policy | DMCA policy

Hosted by Blacksun, dedicated to this site too!
Forum server management by DaiTengu