SkyscraperCity banner

1 - 14 of 14 Posts

·
Registered
Joined
·
4,313 Posts
Discussion Starter #1 (Edited)
Tomasz Malkowski 14-04-2006 , ostatnia aktualizacja 14-04-2006 10:23

www.gazeta.pl

Opuszczone hale, magazyny, obiekty kopalniane, samotnie sterczące wieże wodne to dziedzictwo przemysłowe Śląska. Niestety, niepotrzebne nikomu budynki powoli popadają w ruinę. Wystarczy jednak trochę wyobraźni, by dostrzec w tych murach olbrzymi potencjał. Czyż nie mogą być ciekawym miejscem do zamieszkania? Co myślicie o domu na terenie kopalni?

Nie trzeba szukać daleko. W Bytomiu pewien architekt zamieszkał wraz z rodziną na terenie nieczynnych już Zakładów Górniczo-Hutniczych "Orzeł Biały". Wszyscy wiedzą, gdzie mieszka i chętnie wskazują drogę do "dziwnego domu". Stoi tuż na skraju starego osiedla, za murem zakładów. Właściciel nadał mu nazwę "Bolko Loft", na cześć szybu Bolko, który góruje nad okolicą.

Zbliżam się do loftu. Biały, prostopadłościenny budynek na wysokich żelbetowych słupach jeszcze do niedawna funkcjonował jako lampiarnia. Wokół typowy księżycowy krajobraz poprzemysłowy, porozrzucane budynki zakładów, różne nieczynne instalacje. Zadzieram głowę do góry, przede mną wspinaczka stalową klatką schodową. Wchodząc, odkrywam coraz to nowe widoki, a z najwyższego podestu, tuż przed drzwiami wejściowymi, widzę już całą okolicę jak na dłoni. Stukam do stalowych drzwi i myślę sobie, że właściciel wziął sobie do serca angielskie przysłowie: "My house is my castle" (mój dom jest moją twierdzą).

Przechodzę przez ścianę i zapiera mi dech

Przemysław Łukasik, gospodarz loftu, jest współtwórcą gliwickiej pracowni architektonicznej "medusa group". Z przedsionka przechodzimy przez przezroczystą ścianę wykonaną z pasów z tworzywa - podobne stosuje się w chłodniach. Otwiera się przede mną rozległa przestrzeń dzienna. W pierwszej chwili zapiera mi dech.

- Nasze poprzednie mieszkanie to było maleńkie M-2. Tutaj mamy aż 200 m kw. Duża przestrzeń to główny plus loftu. Sam blat kuchenny jest tu większy od naszej kuchni w bloku - mówi architekt.

Istotnie, wielki drewniany blat, spoczywający na konstrukcji z kątowników, zajmuje centralne miejsce loftu. Łukasik opowiada, że w czasie przyjęć wykorzystywany bywa jako barek, tutaj toczą się rozmowy. Obok stoi szklany stół, który po przedłużeniu może pomieścić nawet dwadzieścia osób.

Przy adaptacji lampiarni na mieszkanie architekt ograniczył się do wykorzystania tego, co zastał. - Przypominało to bardziej pracę konserwatora zabytków. Sufit oczyszczono do gołego betonu, stalową konstrukcję postanowiłem wypiaskować i pomalować na szaro. Wszystkie instalacje biegną na ścianach bądź pod sufitem. Nic nie jest sztucznie zakrywane papendeklem. Wykorzystano też istniejące ścianki działowe. Podłogi w całym budynku to po prostu surowa posadzka betonowa, jedynie sypialnie wyłożono drewnianą posadzką przemysłową - mówi Łukasik.

Choć wnętrze utrzymane jest w surowej stylistyce przemysłowej, jest jednak całkiem przytulne. Architekt zachował sporą liczbę artefaktów w postaci stalowych szafek na ubrania, pochodzących z szatni czy tabliczek z informacjami dotyczącymi przepisów BHP.

Urzekający jest zwłaszcza widok z wnętrza budynku, bo niewielkie okna kadrują poprzemysłowy krajobraz. Największe wrażenie robi łazienka, okno której wychodzi wprost na szyb Bolko. - Wiele osób gdy jest po raz pierwszy w łazience, myśli, że to obraz w ramie. Dla takich widoków warto tu żyć - mówi gospodarz.

"Bolko Loft" nie jest jeszcze skończony. Z zewnętrznych ścian budynku sterczą wysunięte belki, pozostałe po pracach modernizacyjnych. Wkrótce zostaną wykorzystane do konstrukcji balkonu, który będzie okalał budynek. - To będzie taki spacerniak - żartuje architekt. - Na dachu powstanie duży taras. To nie jakaś fanaberia. Po prostu gdy będę chciał wypić kawę na powietrzu, bliżej mi na dach niż do ogrodu.

Dom jest jak czuły barbarzyńca

Z jednej strony żelbetowa konstrukcja budynku brutalnie wyróżnia się z otoczenia, z drugiej odpowiada na wszystkie potrzeby swoich mieszkańców i tworzy przyjazną przestrzeń. Dwaj synowie Łukasika mają tu mnóstwo miejsca do zabawy. - Młodszy syn, Bartek, już tu się urodził. Mieszkanie w lofcie z pewnością wywiera wpływ na dzieci. Starszy syn, Kuba, przyniósł kiedyś z przedszkola rysunek naszego domu. Jest płaski i na nogach. Różni się od typowych domków, jakie zwykle rysują dzieci i jakie ja sam rysowałem - mówi ze śmiechem architekt.

Łukasik ubolewa tylko, że musiał ostatnio otoczyć dom siatką. - Pewnego razu wróciliśmy po dłuższej nieobecności i zauważyliśmy brak kawałka klatki schodowej. Niestety, musimy się bronić przed złomiarzami.

Jeszcze niedawno pod loftem w czasie deszczu bawiły się dzieci. Architekt planuje urządzić tutaj boisko. - Moi synowie mogliby tu wraz z kolegami bawić się nawet w niepogodę. Zresztą największym plusem domu na słupach jest to, że zajmuje niewiele miejsca.

Tysiącmetrową działkę Łukasik chce zagospodarować w prosty sposób, który korespondowałby z przemysłowym charakterem okolicy. Na razie w ciepłe dni ustawia nadmuchiwany basen, w którym pluskają się dzieci.

Loft na okładkach czasopism

Dom własny architekta odczytywany jest zazwyczaj jako manifest twórcy, jednak Łukasik się od tego odżegnuje. - Ten dom to dzieło wtórne. Jestem architektem, ale moi bliscy nimi nie są, nie chciałem ich skazywać na życie w budynku na pokaz. Loft to raczej sposób na życie, filozofia, jednak całkiem prosta, pragmatyczna. Jednym z głównych motywów powstania tego domu jest ekonomia. Budowa była naprawdę niedroga, zamknęła się w kwocie 130 tys. zł. Stąd tyle rozwiązań przemysłowych, które zazwyczaj są najtańsze.

Budynek od początku zyskał sławę. Był opisywany w prasie branżowej, zagrał w wielu teledyskach i reklamówkach. Lech Majewski kręcił tu sceny do swego najnowszego filmu. Budynek znalazł się w gronie 20 najważniejszych polskich budynków i wraz z wystawą "Polska. Ikony architektury" będzie promował rodzimą architekturę za granicą.

Tylko w trakcie mojej wizyty w lofcie grupa kilkunastu studentów z Instytutu Socjologii Uniwersytetu Jagiellońskiego przeprowadzała badania dotyczące relacji między śląską tożsamością a sposobem zamieszkiwania. Zachowywali się jak japońscy turyści, filmując i fotografując każdy kąt. - To są aspekty architektury, których nie sposób przewidzieć - mówi ze śmiechem Łukasik.

Architekt podkreśla, że decyzja przerobienia kopalnianej lampiarni na dom była przypadkowa. Nie robił żadnych specjalnych badań czy analiz. - Na taki krok każdy może się poważyć. Jedynym problemem były sprawy prawne i formalne. Natrafiłem na opór ze strony urzędników, musiałem walczyć z ich schematycznym myśleniem. Przepychanki w różnych urzędach trwały prawie dwa lata, zaś sama adaptacja tylko osiem miesięcy. Nie rozumiem, dlaczego są takie dysproporcje - mówi Łukasik. - W Nowym Jorku, już w latach 60. i 70. artyści zaczęli wykorzystywać stare budynki fabryczne na pracownie. To tam narodziła się moda na lofty, dzięki której uratowano wiele zabytków przemysłowych. Dziś SoHo jest jedną z najdroższych i najbardziej ekskluzywnych dzielnic Manhattanu. Wierzę, że i u nas może być podobnie, że od takich małych działań, jak mój loft, może zacząć się rewitalizacja całej okolicy.










http://www.medusagroup.pl/projektyloft.htm
 

·
Banned
Joined
·
1,591 Posts
lampiarnia ? raczej lampownia, poza tym była nieużywana już od conajmniej 10 lat (pewnie dużo dłużej) bo wtedy miałem okazję zjeżdżać tym szybem :) już wtedy była to tylko podziemna pompownia, lampy + au dostawało się w budynku administracyjnym, pod loftem parkowało się samochody...

pomysł doskonały,oby więcej takich ludzi
 

·
Registered
Joined
·
287 Posts
lofcik jest stajlisz. bez dwoch zdan.
fajne wykorzystanie miejsca jakich wiele na Slasku, nadmienic nazlezy, ze najczesciej takie wlasnie obiekty znikaja z powierzchni dosc szybko i raz na zawsze :-(

sama okolica tego loftu nie zachwyca niestety, ale to, ze zaadaptowano taki budynek godne pochwaly jest
 

·
Registered
Joined
·
287 Posts
miglanc said:
Ale w Katowicach nie ma chyba za wiele miejsc w ktorych moznaby takie lofty zrobic?
no w samych Katowicach to chyba nie, natomiast na Slasku to mysle znalazlo by sie sporo takich fajowych miejsc , ale czesto okolica jest tak paskudna i odpychajaca ze moze dosc skutecznie zniechecac i odstraszac.

w tym lofcie w Bytomiu tez panowie od zlomu ponoc zabierali sie za schody wejsciowe....
 

·
Ino Ligota!
Joined
·
791 Posts
mielismy okazje w czwartek widziec to cudo na wlasne oczy z Dominikiem, Sky'em i Sputnikiem. Niezly klimacik, tez chetnie bym zamieszkal w takim czyms :)
 

·
tararam
Joined
·
7,603 Posts
w Kato na pewno na Baildonie by sie takie miejsce znalazlo na postindustrialny lofcik
a i pewnie na Wujku tez ale ten raczej jeszcze dlugo bedzie dzialal
 

·
Ino Ligota!
Joined
·
791 Posts
o2.pl: Loft nie do luftu
2006-07-04 15:51



Najbardziej oryginalny dom w Polsce: Bolko-Loft Przemysława Łukasika
Fot. Juliusz Sokołowski

Mieszkanie w pofabrycznej hali? Tego dawni przemysłowcy na pewno nie przewidzieli. Tak jak zapewne nie przyszło im do głowy, że ich zakłady zakończą kiedyś produkcję i zaczną popadać w ruinę... Tymczasem lofty to nie tylko miejsca dla osób poszukujących niekonwencjonalnych przestrzeni. To również sposób na zachowanie, często unikalnej, przemysłowej architektury.
dalej »






- Uwielbiam majestatyczny widok pracującego szybu z okna mojej łazienki – przyznaje Przemysław Łukasik, śląski architekt, który w dawnej górniczej lampiarni urządził sobie mieszkanie. – Mam dom na najlepiej strzeżonym osiedlu w Trójmieście – uśmiecha się do strażników przemysłowych Joanna Maltańska - malarka, która z kilkoma przyjaciółmi przekształciła w mieszkania i pracownię artystyczną modelarnię na terenie Stoczni Gdańskiej. O takich jak oni mówi się „lofciarze” – nie jest to jednak określenie, które na dobre zagościło w naszym języku. Bo i adoptowanie na cele mieszkalne dawnych obiektów fabrycznych nie ma w Polsce długiej tradycji.

Historia loftów sięga połowy minionego stulecia, gdy zubożali nowojorscy artyści zaczęli szukać miejsc łączących w sobie trzy funkcje – domu, pracowni i sali wystawowej. Rozwiązaniem okazały się nieczynne, XIX-wieczne hale fabryczne i magazyny – początkowo zasiedlane „na dziko”, choć za cichym przyzwoleniem władz, które od nowych lokatorów wymagały zawieszania tabliczek informujących straż pożarną, że w pozornie opuszczonych budynkach mieszkają ludzie. Zaanektowane przez angielszczyznę słowo „loft” pochodzi z języka islandzkiego. Tłumaczone na polski znaczy tyle co „powietrze”, „przestrzeń” i „piętro”, nieźle oddając istotę dużych fabrycznych pomieszczeń z wysoko zawieszonymi stropami.

Kolebka sprofanowana

W Polsce jednymi z loft-pionierów są artyści z gdańskiej Fundacji Wyspa Progress, którzy pięć lat temu zasiedlili stoczniową modelarnię. Zbudowany w latach 60. klocek odkryli podczas prac nad wystawą „Droga do wolności”, przygotowywaną na 20-lecie „Solidarności”. – Budynek, w którym kiedyś składano modele statków, miał nam służyć za magazyn – opowiada Artur Gogołkiewicz, rzeźbiarz i grafik komputerowy. – Później przyszedł pomysł na pracownię, a ostatecznie modelarnia przekształciła się w „pracownię całodobową”. Obecnie mieszka w niej 6 osób i pies, choć budynek służy również innym artystom z Wyspy. I jest dziś obiektem, który na dobre wpisał się w kulturalną mapę Trójmiasta – zgodnie z poetyką loftu mieszkańcy Modelarni organizują w niej imprezy artystyczne, głównie projekty multimedialne.



Wystawiać zaś jest gdzie – hala główna, zwieńczona typowymi dla obiektów przemysłowych świetlikami, ma siedem metrów wysokości i blisko 400 metrów kwadratowych powierzchni. Instalacje artystyczne można oglądać nie tylko z poziomu podłogi; również z rozciągniętych pod stropem estakad. Część mieszkalna to dawne pomieszczenia biurowe i socjalne. Tu nie ma już przestrzeni hali warsztatowej, są jednak przysposobione na potrzeby nowych właścicieli szafki robotnicze, plątanina położonej na zewnątrz instalacji elektrycznej, wiszący na ścianie Regulamin Pracy Stoczni Gdańskiej im. Lenina, no i industrialny widok z okien.



A właściwie postindustrialny. Choć nad stocznią nadal górują żurawie, całe kwartały z nieużywanymi od lat budynkami i instalacjami zarastają trawą, krzewami, a nawet drzewami. Nauka nazwa ten proces sukcesją wtórną, zwykli ludzie mówią, że przyroda odbiera to, co wcześniej zabrał jej człowiek. Zaś lokatorzy z modelarni zwyczajnie się cieszą. – Mamy zielono i słyszymy ptaki, choć mieszkamy w centrum miasta – wyjaśnia Joanna Maltańska, lecz zaraz zastrzega – Część stoczni nadal pracuje, doki są używane, a co kilka dni, nocą, przejeżdża nam pod nosem pociąg wiozący elementy statków. Ale to i tak lepsze niż huczące za oknem tiry, a poza tym gdzie indziej mogłabym wyjść rano z kawą wprost na nadbrzeże?



- No i tanio jest... – dodaje Artur Gogołkiewicz. Artyści płacą za wynajem modelarni 150 dolarów miesięcznie, drugie tyle kosztują media. Naprawy i prace adaptacyjne wykonują na własny koszt, byle tylko z miejscowymi fachowcami. – Bo jeśli do awarii zawołamy hydraulika czy elektryka z miasta, stoczniowi się obrażą – tłumaczy Gogołkiewicz. – A kto lepiej niż oni zna te plątaniny rur i kabli? Zresztą stosunki z pracownikami stoczni, także byłymi, to delikatna materia. – Na początku mieliśmy kłopoty ze strażnikami przemysłowymi – opowiada Grzegorz Klaman, profesor gdańskiej ASP i szef Wyspy. – Choć znali nasze twarze, ciągle nas legitymowali na bramie. A niektórzy związkowi kombatanci lamentowali, że mieszkając w stoczni, profanujemy kolebkę „Solidarności”. Ale z czasem zaczęliśmy nawet współpracować, na przykład przy projekcie „Subiektywnej Linii Autobusowej”. Można nią było zwiedzać teren stoczni, słuchając osobistych historii dawnych robotników, związanych z poszczególnymi przystankami.

Dom przy szybie

Z zarzutem profanacji czy niechęcią otoczenia nie spotkał się Przemysław Łukasik. Ale sąsiedzi i górnicy nie kryli zdumienia gdy zorientowali się, że zamierza zamieszkać na terenie nieczynnej bytomskiej kopalni „Orzeł Biały”. Z badań prowadzonych przez studentów socjologii UJ wynika, że dla większości mieszkańców Śląska obiekty pofabryczne mają wartość historyczną. – Jednak nasi respondenci niewiele wiedzieli o idei rewitalizacji – mówi Anna Ratecka, autorka raportu „Badania nad tożsamością przestrzenną Ślązaków”. W dawnych obiektach przemysłowych widzieliby muzea, galerie i centra handlowe. Tylko nieliczni wpadli na pomysł, aby robić w nich mieszkania, ale nawet wśród takich osób pojęcie loftu nie było znane.



Badania przeprowadzono kilka tygodni temu, Łukasik zaczął prace w 2002 r. Niektórzy wróżyli wręcz, że adaptacja lampiarni skończy się dla architekta... rozpadem małżeństwa. Bo kto chciałby mieszkać w pudle na ośmiu słupach, osiem i pół metra nad ziemią? Przy pracującym szybie, który – jak wiele innych, stojących na terenach nieczynnych kopalni – nadal odpompowuje wodę, by nie zalała używanych wyrobisk... – To była wspólna, moja i żony decyzja – zapewnia Łukasik. - Tym bardziej racjonalna, że wcześniej mieszkaliśmy w przyciasnym M-2, a dziś mamy 200-metrowy dom ze ścianami wysokimi na trzy metry. Argumentem nie do odrzucenia była również cena: za budynek z tysiącmetrową działką Łukasikowie zapłacili 40 tys. zł. – W tym była również dokumentacja z załącznikiem jak wyburzyć lampiarnię przy użyciu dynamitu – śmieje się architekt.



Ale wyburzania nie dało się uniknąć. Lampiarnię postawiono między szatnią a szybem – przebrani górnicy przechodzili do niej łącznikiem, odbierali lampy i kolejnym murowanym rękawem dostawali się do szybu. W 2002 r. łącznika z szybem już nie było. – Ten z szatnią wyburzyliśmy, gdy postawiliśmy klatkę schodową. Kupioną jako złom w jednym z zakładów w Gliwicach – opowiada architekt. Klatka stała się zresztą powodem kłopotów Łukasika z urzędnikami. Wcześniej stosunkowo gładko udało się przeprowadzić korektę, dopuszczającą na terenie kopalni funkcję usługowo-mieszkalną („pracownia architektoniczna z częścią mieszkalną”), wydzielić działkę, przepchnąć projekt adaptacji i uzyskać pozwolenie na budowę. Problem zaczął się na etapie zezwolenia na użytkowanie – inspektor budowlany odmówiła jego wydania, bo klatka, zamiast pod lampiarnią, stanęła przy niej. – Zmieniliśmy projekt, chcąc wykorzystać stare fundamenty, na których osadziliśmy schody – wyjaśnia Łukasik. – Ale nie zagroziło to konstrukcji budynku. Pani się uparła i tyle. Ostatecznie przegrała, bo nie dotrzymując terminów odpowiedzi na nasze pisma, naruszyła Kodeks Postępowania Administracyjnego.



Lampiarnię, od szybu „Bolko”, nowy właściciel nazwał Bolko-Loftem. Jej wnętrze, mimo adaptacji, zachowało swój charakter. – Ani przez chwilę nie przyszło mi do głowy zakrywać stalowe elementy konstrukcji – zapewnia Łukasik. Zostały wypiaskowane i pomalowane na szaro. Architekt nie zakrył też surowego, betonowego sufitu i biegnących po ścianach instalacji. Do industrialnej stylistyki nawiązuje również betonowa podłoga, zatarta tak, że się nie kurzy – jedynym miejscem, gdzie położono drewnianą posadzkę, jest sypialnia. W lofcie znalazło się także miejsce dla przemysłowych lamp, drzwi, szafek robotniczych i pełniących rolę dekoracji tabliczek BHP. Mimo iż czteroosobowa rodzina Łukasików mieszka w „Bolku” na dobre, kosztujący do tej pory 140 tys. zł loft nie jest jeszcze skończony. Właściciel planuje wybudować balkon otaczający budynek, a dach zagospodarować na taras. – Nie mam jeszcze pomysłu na przestrzeń pod domem – przyznaje. – Póki co moi synowie latem mają tam boisko, zimą lodowisko.

Moda na lofty

Bolko-Loft poruszył środowisko architektów, trafiając nawet do grona 20 budynków uznanych za ikony polskiej architektury po 1989 roku. Jednak mimo udanego eksperymentu adaptacji pofabrycznego obiektu, loft Łukasika nie zainteresował miejskich urzędników. Bytom, jako jedno z nielicznych miast w Polsce, posiada plan rewitalizacji terenów poprzemysłowych, ale nie przewiduje on funkcji mieszkalnych w miejscach dawnych fabryk. Zgodnie z założeniami planu tereny poprzemysłowe mają mieć charakter handlowo-usługowo-gospodarczy. – Co oznacza rozbiórkę starej infrastruktury pod blaszane centra handlowe... – nie kryje smutku Łukasik.



- Pod ziemią praca się kończy, więc jak powietrza potrzebujemy inwestycji, dziś siłą rzeczy skupionych wokół handlu i usług – tłumaczy Danuta Łuczuk z bytomskiego magistratu. – W mieście tak zurbanizowanym jak Bytom wyboru wielkiego nie ma – oszczędzając tereny zielone, oferujemy inwestorom dawne obszary przemysłowe. Zresztą – dodaje Łuczuk – od 10 lat liczba ludności miasta systematycznie spada i nie ma potrzeby pozyskiwania nowych obszarów dla budownictwa mieszkaniowego. Dziś jest wręcz przeciwnie: problemem są dla nas niszczejące pustostany w kamienicach.

Ale realizowanie funkcji handlowo-usługowych na terenach poprzemysłowych nie musi prowadzić do wyburzania fabryk i budowania blaszanych pudeł. Dość wspomnieć takie adaptacje jak poznański Stary Browar czy łódzka Manufaktura. Tyle że powstałych w oparciu o stare obiekty centrów handlowych, galerii czy biur nie da się budować w nieskończoność, co dla wielu, często zabytkowych budynków przemysłowych, może oznaczać zagładę. Zasiedlanie dawnych fabryk należy zatem traktować jako jeden ze sposobów zachowania unikalnej architektury. Zwłaszcza że chętnych na mieszkanie w loftach nie brakuje, co znakomicie wyczuli niektórzy deweloperzy. W Łodzi, na Księżym Młynie, aż trzy firmy zajmą się adaptacją fabrycznych budynków. W ciągu najbliższych trzech lat ma tam powstać kilkaset loftów, z całym rekreacyjno-usługowym zapleczem. Podobne inwestycje planowane są również w Gdańsku.



Swojej szansy nie przespał Żyrardów – perła XIX-wiecznej architektury przemysłowej. Lata 90. upłynęły tam pod znakiem bezrobocia, czego symbolem były niszczejące budynki Starej Przędzalni. Jednak lokalne władze nie myślały o ich wyburzeniu – fabrykę uznano za obszar wymagający rewitalizacji, przypisując jej funkcje handlowo-mieszkalne. Inwestor sam zgłosił się do urzędu. – W ciągu najbliższego roku do pierwszych loftów wprowadzą się lokatorzy – deklaruje Piotr Błażejewski, właściciel firmy Matbud, zapewniając, że nie narzeka na brak zainteresowania. Sprzyja mu nie tylko architektura, ale też przyroda, z zalewem i pięknymi lasami za miastem, oraz położenie Żyrardowa – blisko Warszawy, tuż przy planowanej autostradzie A-2.

* * *

Oferowane przez deweloperów lofty tanie nie będą. To cena nie tylko pośrednictwa, ale również historycznych uwarunkowań. Wiele miast tworzyło się wokół fabryk, które dziś stoją w ich centrach. A śródmiejskie grunty kosztują. Niekonwencjonalne przestrzenie gdańskich, łódzkich czy żyrardowskich loftów zapewne przyciągną do nich artystów i ludzi z oryginalnym pomysłem na życie. Jednak wraz z nimi pofabryczne hale zasiedlą biznesmeni, menedżerowie i inni zamożni klienci. Na Zachodzie lofciarskie enklawy na lata zdominowali wszelkiej maści twórcy. I to artyści nadali im prestiżowy charakter, który z czasem przyciągnął bogatą klientelę. Historia polskich loftów, nie licząc pojedynczych epizodów, tego romantycznego okresu będzie pozbawiona...

Marcin Ogdowski

Zdjęcia:

Modelarnia: Fundacja Wyspa Progress
Bolko-Loft: Juliusz Sokołowski
Stara Przędzalnia: Matbud Sp.j.

http://wiadomosci.o2.pl/?s=512&t=6891
 
1 - 14 of 14 Posts
Top